piątek, 27 września 2013

Część 9

… Czemu odszedł? Najpierw mnie pocałował a potem zwyczajnie uciekł. Musiałam z nim porozmawiać. Pobiegłam na górę i wparowałam do pokoju. Dopiero gdy już tam weszłam przypomniałam sobie że jest środek nocy i inni jeszcze śpią. Jamie półleżał na parapecie. Lewą nogę spuścił wzdłuż ściany. Podeszłam do niego lawirując miedzy Megan a Stevenem, który zasnął na krześle a teraz spał na podłodze rozciągnięty jak kot. Wydawać by się mogło że wygodniej mu na podłodze niż na krześle. Nie dziwię się, też wybrałabym ziemię. Prawie mimowolnie złapałam Jamie’go za rękę i pociągnęłam go w stronę drzwi. Nie stawiał się. Może myślał że jestem zdenerwowana, ale wcale nie byłam. Wyszliśmy na korytarz a ja cicho zamknęłam drzwi.
- Przepraszam. – Powtórzył się Jamie. Mówił szeptem, zapewne nie chciał zbudzić reszty śpiących, a w zupełności moich rodziców.
- Nie przepraszaj nie masz za co…
- Mam, zachowałem się jak dupek. Pocałowałem cię a potem wróciłem jakby nigdy nic do pokoju. Ja nie chciałem, wiem ze znamy sie dopiero dwa dni a ja… nie wiem jak wyjaśnić co czuję. Po prostu jesteś jakaś inna, ja… – Nie mogłam już dłużej tego słuchać.
- Też cię kocham. – Wybuchłam. Starałam się mówić szeptem. On popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem. Podeszłam do niego i rzuciłam mu się w ramiona. Przytulił mnie. Wtuliłam głowę w jego szyję i ramie. Staliśmy tak chwilę aż drzwi od mojego pokoju się otworzyły i wyłoniła się zza nich Megan. Odskoczyliśmy od siebie a ona zmierzyła nas wzrokiem.
- Co tu robisz? – Zapytałam.
- Obudziłam się i zobaczyłam ze was nie ma, ale jak widzę to przeszkodziłam. – Odpowiedziała uśmiechając się i patrząc to na mnie to na brata.
- Nie, ja właśnie zamierzałam wracać do łóżka. – Powiedziałam. Przepchnęłam się koło Megan, która stała w drzwiach i weszłam do łóżka. Nakryłam kołdrą głowę i miałam nadzieję że Jamie wchodząc nie będzie mi się przyglądał. Po dłuższym czasie zmorzył mnie sen.
Obudził mnie natrętny odgłos dzwoniącego telefonu. Nawet tak świetna piosenka Metalliki mnie denerwowała. na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie uśmiechniętej Vic jeszcze w długich włosach. Trzeba by odświeżyć zdjęcie kontaktu. Odebrałam telefon.
- Halo? – Powiedziałam do słuchawki. Popatrzyłam na mój pokój. Megan przecierała oczy a Steven patrzył się na mnie z otwartymi ustami. Jamie już schodził z parapetu i uśmiechał się pod nosem.Popatrzył na mnie i jego uśmiech stał się szerszy. Odwzajemniłam jego gest i usłyszałam głos Vic dobiegający z telefonu.
- Hej, otwórz mi i idziemy. – Mówiła denerwująco wesołym głosem, jak zawsze wcześnie rano.
- Co? A która jest?
- No za pół godziny zaczynają się lekcje. – Odpowiedziała na pytanie. Jak to? O nie chyba przez wczorajsze ataki zapomniałam nastawić budzik.
- Już ci otwieram! – Powiedziałam i rozłączyłam sie. Zerwałam się z łóżka i narzuciłam na siebie szlafrok. Zeszłam na dół i otworzyłam drzwi. Po drugiej stronie stała Vic z plecakiem założonym na jedno ramię. Gdy mnie zobaczyła wytrzeszczyła oczy.
- Ty jeszcze w piżamie?! – Zapytała.
- Zapomniałam nastawić budzik. Długa historia, powiem po krótce. Były dwa ataki demonów jeden w moim domu a drugi na Pati. Megan, Jamie i Steven śpią u mnie dla mojej ochrony. I… – Już miałam powiedzieć o pocałunku gdy ugryzłam się w język. Vic to straszna papla, zaraz to rozgada.
- I? I przez to straciłaś głowę i nie nastawiłaś budzika? Dobra, chodź zaraz doprowadzimy cię do ładu. – Zrobiłyśmy jak Vic mówiła. Wszyscy się ubraliśmy i doprowadziliśmy do porządku. Pożyczyłam Megan ubrania a chłopaki włożyli to co mieli na sobie wczoraj. Pobiegliśmy do szkoły. Weszliśmy do budynku równo z dzwonkiem. Megan, Jamie, Vic i ja pobiegliśmy do klasy fizycznej a Steven ruszył do sali matematycznej. Weszliśmy do klasy jako ostatni. Vic ruszyła do swojego miejsca. Siedziała w drugim rzędzie bo była niska. Ja siedziałam sama w ławce w ostatnim rzędzie. Siadłam pod ścianą. Megan i Jamie jako nowi w klasie stanęli koło biurka nauczycielki. Pani Drozd weszła do klasy i wszyscy chórem powiedzieliśmy jej „dzień dobry”.
- Od dzisiaj w waszej klasie uczyć się będzie James i Megan Millerowie. Mam nadzieję że ciepło ich przyjmiecie. Hmmm gdzie by was posadzić? – Nauczycielka rozglądała się po klasie a jej wzrok zatrzymał się na mojej ławce. – James usiądź z Clov, ostatnia ławka po…
- My się już znamy – Przerwał jej Jamie. Patrzył na mnie a ja zaczęłam się uśmiechać. – I proszę nie mówić do mnie James tylko Jamie. – Poprawił nauczycielkę. wziął plecak i siadł koło mnie. Jedną rękę trzymałam luźno po boku a on ją złapał i mocno ścisnął.Potem nauczycielka pokierowała Megan. Siadła w ławce Trenta, zaraz koło mnie tyle że dzisiaj go nie było. Tak samo jak Miley i Pati. A co jeśli coś im się stało. Starałam się o tym nie myśleć i skupić sie na lekcji. Co jakis czas patrzyłam na Jamie’go, który starał się nadążyć notować. Mi też to nie wychodziło ponieważ pani Drozd dyktowała bardzo szybko. Rozległ sie dzwonek i wszyscy uczniowie zerwali się z ławek. Spakowałam zeszyty i poczekałam przy wyjściu na Vic, Jamie’go i Megan.Wszyscy wyszliśmy na korytarz.
- Nie ma Trenta. -Zmartwiła się Vic.
- Miley i Pati też. – Dodałam.
- Miley nie czuje się dobrze, tak jak Pati. Dzwoniłam do nich. – Powiedziała Vic. Nagle w kieszeni Jamie’go zadzwonił telefon. On odszedł kawałek i odebrał. Po minucie wrócił i powiedział.
- Mama wróciła, znalazła coś na twój temat. To podobno bardzo ważne i mamy przyjść do domu.
- Czyli jest źle. – Stwierdziłam. Już zdążyłam zapomnieć że ona czegoś szuka.
- To na co czekamy? Idziemy. – Powiedziała Megan i wszyscy ruszyliśmy w stronę drzwi.
- Ale powiedziała że my mamy przyjść. – Jamie popatrzył na Vic i podkreślił słowo my.
- Ale może ja chcę żeby z nami poszła. – Sprzeciwiłam się.
- Nie, spoko. Ja zostanę. I tak nie chcę się zrywać i potem mieć problemy. – Dzwonek zasygnalizował koniec przerwy i Vic poszła do klasy. Pomachała mi i zniknęła w tłumie.
- Poczekajcie tu, złapię Stevena. Co mają teraz drugie klasy? – Zapytała Megan.
- Chyba chemię. W 4. Drugie piętro. – Powiedziałam, a Megan pobiegła na schody i zaczęła przeciskać się przez tłum. Zadziwiające, jak ta dziewczyna w szpilkach wbiega po schodach zachowując grację. Zawsze chciałam się tak poruszać. Po kilku minutach pojawiła się przed nami ze Stevenem koło siebie. Wyszliśmy na zewnątrz budynku i rozłożyliśmy skrzydła. Wzbiliśmy się w powietrze i polecieliśmy. Jak myślałam zostawałam z tyłu ale przynajmniej miałam pewność że się nie zgubię.
W domu na fotelu siedziała Lacuna. Wyglądała na zdenerwowaną.
- Muszę porozmawiać z Clov sam na sam. Idźcie na górę, jeśli Clov zdecyduje że chce wam powiedzieć to będziecie mogli przyjść. – Poleciła Lacuna. Odwrócili się i poszli do schodów. Jamie rzucił mi jeszcze jedno wspierające spojrzenie i odszedł.
- Usiądź -  Powiedziała wskazując mi fotel. Siadłam i popatrzyłam na nią. Byłam tak zdenerwowana że nawet się nie odzywałam.
- Nie miałaś pewności co do twoich rodziców prawda? – Zapytała a ja pokiwałam głową, nie ufałam własnemu głosu. – Miałaś rację, nie są Aniołami Ciemności tylko zwykłymi ludźmi.
- To jak ja…?
- To nie są… Oni nie są twoimi prawdziwymi rodzicami. – Szok spowodowany tymi słowami był ogromny.
- Co?! To skoro tak kto…?
- Naprawdę nazywasz się Clover Collins.
- Moment, ale czy Steven nie ma na nazwisko Collins? – Zapytałam.
- Tak. Ma. – Patrzyła na mnie z współczuciem i powiedziała. – Steven jest twoim bratem…
***

… Nie miałam pojęcia co o tym myśleć. Słowa, które przed chwilą wypowiedziała Lacuna wirowały w mojej głowie.
- Jak oni się nazywali? Moi rodzice? – Zapytałam.
- Sophia i Eric. To wszystko jest trochę skomplikowane. Ja brałam udział w tej historii.
- Nie żyją, prawda? – Zadałam kolejne pytanie.
- Nie żyją. Opowiem ci jak wszystko wyglądało. Około 2 miesięcy po urodzeniu Stevena, Sophia zaszła w kolejną ciąże. Tak jak ja, tyle że ja kilka miesięcy wcześniej. Urodziłam bliźniaki, Megan i Jamie’go. Minęły kolejne miesiące i nasz kraj został zaatakowany przez demony.
- Zaraz, Anioły Ciemności mają swój kraj? – Przerwałam.
- Tak, jest niedostępny dla ludzi bo leży około 30 kilometrów nad ziemią. – Odpowiedziała i wróciła do historii. – Mój mąż i mąż Sophii ruszyli do walki. Ja zostałam z dziećmi, tak jak ona. Następnego ranka dostałam wiadomość o naszej wygranej ale również o śmierci Jamesa.
- Pełne imię Jamie’go to James. Kiedyś wspomniał mi że ma swoje powody żeby go nie używać. To dla tego tak? – Znów przerwałam. Lacuna pokiwała głową i kontynuowała.
- Najpierw sie załamałam ale potem Marcus powiedział mi również o śmierci Erica. Marcus był moim przyjacielem. Postanowiłam pójść do Sophii razem z nim i przekazać jej tą wiadomość osobiście. Byłyśmy nierozłączne w dzieciństwie. Zostawiłam dzieci ze znajomą. Gdy weszliśmy do domu Sophii pierwsze co ujrzeliśmy było ciało pokojówki leżące w przedsionku. W korytarzu stał demon Oni. Zabiliśmy go a ja weszłam do małego pokoiku. W dziecięcym łóżeczku stojącym zaraz koło wejścia siedział zapłakany Steven. Nie mogłam na to patrzeć, wzięłam go na ręce i poszłam do pokoju Sophii. Nie było jej, tylko wielka plama krwi. Razem z Marcusem sądziliśmy że demony zabrały jej ciało do otchłani piekielnej. A że była w ciąży to jej dziecko też przepadło. Marcus był wysoko postawiony w radzie. Normalnie tak małe osierocone dzieci Aniołów Ciemności trafiają do adopcji do normalnych ludzi. On powiedział ze jeśli chcę to mam zabrać Stevena i uciekać z kraju zanim zarządca sie dowie. Tak też zrobiłam. Wyjechałam do Nowego Jorku, znalazłam dom do kupienia tu na Manhattanie. Do teraz tu mieszkamy, wszyscy czworo. Dopiero wczoraj wieczorem Marcus powiedział mi o czymś czego nie wiedziałam. Po dokładnym przeszukaniu domu, znaleziono niemowlę ukryte w szafie. Dziewczynkę. Ciebie. Przy tobie był tylko liścik, naszyjnik obronny – Wyjęła spod kołnierza koszulki piórko, ja zrobiłam to samo. – I magiczny sztylet. Marcus miał ten liścik w twoich aktach. Gdy się dowiedział ze cię znalazłam dał mi go. Przeczytaj. – Lacuna podała mi złożony skrawek pożółkłego papieru. Zaczęłam czytać. ” Czuję że przyszli po mnie. Niedługo mnie zabiorą a ja nie mogę się bronić. Urodziłam ją dzisiaj wieczorem. Ma na imię Clover. Dajcie rodzinie, która ją weźmie mój naszyjnik i sztylet.
~Sophia Collins.” I tyle. Podałam karteczkę Lacunie.
- Zachowaj go. – Powiedziała współczującym głosem.
- A Steven wie? – Zapytałam.
- Nie.
- Chcę żeby wiedział. I reszta też. – Powiedziałam.
- Dobrze już po nich idę. – Lacuna odeszła zostawiając mnie samą. Zaczęłam myśleć o tym czego się dowiedziałam. Naszyjnik dostałam ale sztyletu już nie. Czemu mi go nie dała? Muszę z nimi porozmawiać. Adoptowali mnie! Wszystko jest kłamstwem. Nie są moją rodziną. Nie są moimi rodzicami. Nie mam rodziców. Moją jedyną rodziną jest Steven! Usłyszałam kroki dochodzące ze schodów. Przyszli. Lacuna przysiadła na oparciu fotelu, na którym siedziałam.
- Co się stało Clov? – Zapytał Jamie widząc moją minę.
- Posłuchajcie. – Powiedziała Lacuna. – Zwracam się głównie do ciebie Steven. – Popatrzył na mnie a potem na Lacune. – To jest bardziej skomplikowane niż myślicie. Mówiłam ci Steven jak cie znalazłam. Ale nie powiedziałam ci jednego. Twoja mama była w tedy w ciąży. W ciąży z Clov a Clov jest… jest twoja siostrą. – Lacuna skończyła i oczekiwała reakcji. Steven przez moment patrzył na nią a potem… wybuchł śmiechem. Śmiał się. Śmiał się bo nie uwierzył i uznał to za głupi żart czy śmiał się żeby zatuszować emocje? Jamie i Megan patrzyli na niego jak na chorego umysłowo. Lacuna ze zdziwienia otworzyła usta. Jamie uniósł brwi a ja przygryzłam wargę.
- Steven? – Jamie położył mu dłoń na ramię. – Dobrze się czujesz? – On dalej zanosił się śmiechem aż nagle całkiem ucichł i popatrzył na mnie wielkimi oczami.
- Co? Jak to? Ona jest moją siostrą? – Zapytał. – Ja nie mam siostry, wiedział bym o tym. – Mówił bardzo szybko, jak nie on. Zaczęłam się zastanawiać czy to dla niego większy szok niż dla mnie.
- Steven, wszystko w porządku? – Zapytała Lacuna.
- Nie, nic nie jest w porządku! Jeśli ona jest moją siostrą to znaczy że ty mnie okłamałaś mówiąc że nie mam żadnego krewniaka! – Wykrzyknął Steven.
- Ja też nie wiedziałam, aż do wczorajszego wieczoru.
- Ale wiedziałaś że mama była w ciąży! Czemu mi nie powiedziałaś?
- Sama nie wiem… – Steven odwrócił się i poszedł na górę. Lacuna poszła za nim. Nie wiedziałam czym tak bardzo się zdenerwował. To ja właśnie dowiedziałam się ze jestem adoptowana. Musiałam jak najszybciej porozmawiać z rodzicami. Dzisiaj mieli wolne po przepracowanej niedzieli. Zerwałam się z fotela i pobiegłam do drzwi. Słyszałam jak Jamie mnie woła ale się nie obejrzałam. Rozwinęłam skrzydła i poleciałam. Nie wznosiłam się na dużą wysokość, żeby widzieć gdzie lecę. Wylądowałam na podwórku, koło mojego domu.Wparowałam do domu. Rodzice siedzieli w salonie i oglądali telewizor. Wbiegłam do pokoju. Nagle cała złość się we mnie skumulowała i wybuchłam.
- Adoptowaliście mnie! – Wykrzyknęłam. Popatrzyli na siebie. Mama podeszła do mnie, chciała mnie dotknąć ale ja się odsunęłam.
- Czemu mi nie powiedzieliście że jestem adoptowana?!
- Kochanie…
- Nie, nie kochanie. I nie mów do mnie takim tonem!
- Tak jesteś adoptowana, ale…
- Czemu mi nie powiedzieliście?!
- Nie wiedzieliśmy jak zareagujesz. – Powiedział tato, który właśnie do nas podszedł. – Uspokój się. To my zawsze będziemy twoimi rodzicami.
- Wcale nie! Nie mam rodziców! Moi rodzice nie żyją! Ten naszyjnik, który mi dałaś jak byłam mała należał do mojej prawdziwej mamy tak?!
- Tak. – Odpowiedziała smutnym głosem mama.
- Dała mi jeszcze coś, prawda?! – Chodziło mi o sztylet.
- Tak. – Mama poszła do szuflady, którą zawsze zamykała na kluczyk. Wyjęła z niej rękojeść sztyletu. Była czarna, jak ta, którą dostałam od Jamie’go tyle że różniły się kamienie. W sztylecie od Jamie’go był rubin a w tym kamień był zielony, prawdopodobnie był to szmaragd. Wyrwałam sztylet mamie.
- Nienawidzę was! – Wykrzyknęłam i wybiegłam z domu. Rękojeść wsadziłam do kieszeni torby, wypełnionej książkami. Teraz rozumiałam Stevena. Nie panował nad sobą jak ja teraz. Nie wiedziałam gdzie pójdę, ale wiedziałam ze do domu nie wrócę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz